Kiroma-Yogosima-Yuarema.

 

17-09-2011

 

 

W Kiromie Romi próbował zorganizować ceremonię, nawet już rozstawiłem statyw i resztę sprzętu, jednak nie udało się, bo większość ludzi z wioski była jeszcze w polu. Rano ruszyliśmy dalej ok. siedem godzin marszu do Yuaremy. Jedzenie się kończy brak chleba oczywiście tostowego, jemy więc tradycyjnie zupkę chińską z dodatkiem kapusty i marchewki. Dorota ją ulepsza – dodaje chili. Ja i Damian nie narzekamy, jemy co dają. Na kolację norma: ryż lub makaron,surówka z kapusty, czasami jakaś puszka. Oczywiście deszcz zaczyna padać w czasie trekkingu, ale już się przyzwyczailiśmy do takich warunków. Mijamy Yogosimę i dalej podążamy w kierunku Yuaremy, żeby przed wieczorem dotrzeć do celu. Tradycyjnie jak w każdej wiosce dzieci i dorośli zbierają się przed naszym obozem. Starsi oferują nam swoje wyroby: łuki, strzały, tasaki, korale itp. Ja kupiłem łuk ze strzałami  wcześniej w Kiromie. Polecił mi go nasz przewodnik Romi, uznał, że jest bardzo oryginalny. Wykonany był z drzewa żelazowego, cięciwa z bambusa, a strzały zakończone różnymi grotami.

 

 

Robi się szybko ciemno. Dziewczyny dziś śpią w namiotach, natomiast my robimy dezynfekcję i zajmujemy chatkę; nie boimy się pcheł i innego robactwa. Dzisiejszego wieczoru Romi wysłał Nameda  (tak miał na imię mój pomocnik i anioł stróż,który cały czas szedł blisko mnie i pomagał w transporcie)  po zakupy do Hitugi. Bez żadnych oporów, na bosaka, po ciemku wyruszył w drogę, ok. dwie godziny w jedną stronę. Długo nie wracał, robiło się dość późno, a co najgorsze ciemno. Zauważyłem, że Romi też się już martwi. Z latarką wyruszył na poszukiwanie Nameda. Co się okazało; Named stał i czekał w okolicy wioski, nikt z nas nie wiedział do końca co się stało, dlaczego i czego się bał. Było to bardzo dziwne i tajemnicze. Kupił nam coca colę; hahahaha jesteśmy szczęśliwi mamy coś innego do picia po tylu dniach. Następnego dnia wstałem wcześnie. Chcę zrobić kilka fotek w tej wiosce, lecz pogoda nie dopisuje- zero słońca. Przed chatką siedziała dziewczyna ze swoim rodzeństwem. Na widok aparatu przestraszyła się, ale kiedy  pokazałem jej kilka wcześniej zrobionych zdjęć, nabrała odwagi, więc zrobiłem te zdjęcie. Długo nie musiałem czekać, aby zobaczyć innych mieszkańców tej wioski. Dzieci i starsi czekali już przed naszym obozem. Zrobiłem kilka zdjęć golasowi z koteką, który swoją wielkością stanowił niezłe proporcje z moją sylwetką. Zjedliśmy na  śniadanie jajko i ryż i niezwłocznie ruszyliśmy w kierunku Syokoschimy.